5 Kwietnia, wtorek godzina 18 00, słoneczne popołudnie, temperatura sięgająca 20 stopni Celsjusza... Idealne warunki by rozegrać rewanżowe spotkanie półfinału Pucharu Polski pomiędzy Zagłębiem Sosnowiec a Lechem Poznań. Miałem przyjemność osobiście obejrzeć ten mecz z trybun Stadionu Ludowego. Stadionu, który tamtego dnia zapełnił się do ostatniego miejsca. Dla mnie, był to również dzień niezwykły, ponieważ na własne oczy z odległości kilku metrów miałem przyjemność zobaczyć mojego ulubionego komentatora i dziennikarza sportowego, jakim był komentujący to spotkanie dla Polsatu Sport - Mateusz Borek.
Mimo tego, że Zagłębie przegrało przy Bułgarskiej 0:1, komplet publiczności wierzył w odwrócenie losów dwumeczu i zakwalifikowanie się do wielkiego finału na Stadionie Narodowym, gdzie rywalem Zagłębia byłaby od lat zaprzyjaźniona z klubem warszawska Legia. Od samego początku czuć było atmosfere wielkiego piłkarskiego święta. Była to moja pierwsza wizyta na Ludowym, ale z racji rangi meczu uznałem ją jako mój priorytet na owe wtorkowe popołudnie. Podczas rozgrzewki miałem przyjemność podziwiać w akcji takich piłkarzy jak Karol Linetty, Gergo Lovrencsics, Łukasz Trałka czy Darko Jevtić, którzy przygotowywali się do meczu nieopodal miejsca na którym siedziałem.
Druga połowa to kolejne próby podopiecznych Artura Derbina. Po każdej udanej akcji kibice wstawali i z całych sił dopingowali swoich piłkarzy. Atmosfera była świetna, stadion żył.. Aż do 70 minuty, kiedy wprowadzony chwilę wcześniej Karol Linetty przejął piłkę w środku pola, zagrał prostopadle do Gajosa a ten bez problemu pokonał Wojciecha Fabisiaka. Szkoda. Gdy wydawało się, że do ostatniej minuty będziemy świadkiem ataków Zagłębia i niepowtarzalnej atmosfery tworzonej przez prawie 8 tysięcy widzów, Gajos pogrzebał szanse beniaminka I ligi. Co prawda Sosnowiczanie doprowadzili do remisu za sprawą Paluchowskiego w 82 minucie, ale gol ten był jedynie honorowy.
Wracając do atmosfery na stadionie, wielkie wrażenie zrobiła na mnie postawa kibiców gospodarzy. Ujrzenie skromnej ,,sektorówki" oraz odpalonych rac to widok, który zapamiętam na długo. Dzięki temu, że jeden z moich bliskich kolegów jest członkiem grupy ,,Ultras", dowiedziałem się, że owa oprawa to nic w porównaniu do tego co szykowali fanatyczni kibice ZS. Za sprawą służb policyjnych nie udało się wnieść na stadion ponad 200 kg pirotechniki, która używana w mądry i odpowiedzialny sposób, mogłaby stworzyć jeszcze lepsze widowisko.
